Nic
od losu nie dostałam za darmo, ot tak. W każdym razie nic w całości. O wszystko muszę walczyć, szarpać się, gryźć, kopać i nie puszczać. A to nieprawda, że wszyscy tak mają.
Ciąglę, od kilku lat, powtarzam sobie, że jestem szczęśliwa. Chociaż coraz trudniej mi w to wierzyć. Chciałabym to wszystko z siebie zmyć. To całe dotychczasowe życie. Zacząć od nowa, chociaż od środka. Ja potrzebuję "chrztu ognia". Ogień oczyszcza.
Tęsknię za mamą. Rzadko ją widuję. A potrzebuję jej teraz, bardzo. Boję się.
Jedni mówią o ślubie, drudzy o śmierci. Taka kolejność rzeczy. Z którą się muszę pogodzić. Może już podświadomie to zrobiłam? Okropne. Kiedyś chciałam umrzeć jakkolwiek, byleby bezboleśnie. Ale to nie tak.
Lepiej się na siebie złościć, niż się nad sobą użalać. A ja złoszczę się na cały świat. Buntuję się (nawet na złość sobie) i jakoś mi z tym lepiej. Wyrzucę to wszystko przez okno, będzie luźniej, czyściej. Będzie łatwiej to wszystko ogarnąć, zrozumieć. Bo ja uwielbiam porządek. Ale nienawidzę sprzątać.
Czy kiedyś to się skończy? Czy kiedyś w końcu wszystko stanie się jasne? Czy kiedyś będę w końcu wiedziała, co czuję? Czy kiedyś będę mogła bez wątpliwości powiedzieć: jestem szczęśliwa albo nieszczęśliwa? Wtedy jest łatwiej coś zrobić.
to tylko myśli, tylko słowa...
2007-01-08; 23:25:41
skomentuj (0)